Boję się...

Boję się miłości z Tobą, wiesz
Nie dlatego, że boję się śmierci
rozpadu, wilgotnej ziemi czy 
długich rozstań, zauważasz tak niewiele

Tak łatwo zadajesz nowe rany, deklamujesz 
puste słowa i burzysz wszystko
w zasięgu wzroku, jak orkan
obcy, i zimny jak życie

Gdy idę przed siebie, boję się,
że po prostu upadnę, przestanę
istnieć, bo Twoja siła wgniecie mnie w ziemię.

Mała refleksja...



Niedawno znalazłam bloga, w którym chłopak, tuż przed swoją śmiercią pisał o uczuciach, tym samym żegnając się ze światem i swymi najbliższymi...Spróbujcie postawić się na jego miejscu. Co byście zrobili, gdybyście się dowiedzieli, że za parę tygodni umrzecie? Sądzę, iż z pewnością wykorzystalibyście czas na naprawianie swoich błędów, może także spróbowalibyście zrealizować swoje najskrytsze, dotąd niespełnione marzenia…

Ta sytuacja jest pełna współczucia… Jednym pocieszeniem jest to, iż choć odszedł za młodu to nigdy nie zostanie zapomniany…Będzie wiecznie mieszkał w sercach najbliższych oraz osób, które choć go nie znały to pokochały czytając jego ostatnie zapiski z pamiętnika…


Nasuwa mi się mała refleksja…Jaki jest tak naprawdę sens naszego bytu?...Wydaje mi się, iż żyjemy po to, aby znaleźć właściwą drogę życia, uczyć się na błędach i na podstawie obserwacji dążyć do doskonałości duchowej…Życie pozornie wydaję się długie…My, ludzie tracimy czas często na błahe sprawy, jakimi jest użalanie się nad sobą i nad swoją egzystencją.. Zamiast tego powinniśmy wykorzystać go na dążenie do swoich życiowych celów i okazywania pozytywnych uczuć swoim bliskim…Carpe diem…Zmieńmy nastawienie życiowe na bardziej optymistyczne, więżąc, iż dzięki naszemu samozaparciu i chęci walki z trudnościami losu nasza rzeczywistość może stać się bardziej kolorowa…Bądźmy w pełni gotowi na śmierć, świadomi, iż jeśli odejdziemy z tego śwNiiata, to patrząc obiektywnie na swoje życie, będziemy mogli powiedzieć, że przeżyliśmy je najlepiej jak potrafiliśmy i z wielką godnością...