Równowaga naszego życia...




Najpiękniejszy uśmiech to taki uśmiech, który w jednej sekundzie staje się Twoim całym światem. To uśmiech rzetelny, delikatny, ale jednocześnie cholernie gorzki. Uśmiech to słońce naszego serca - im więcej bólu w nim nosimy, tym jaśniej się uśmiechamy. Każda porażka, zwycięstwo, radość, rozpacz to promyki naszych emocji. I mimo tego, że pragniesz wszystko zachować głęboko w sobie, Twoje ciało zdradza tajemnicę Twojej duszy. A oczy? Najpiękniejsze oczy to te, które przelały morze łez. To oczy, w których w jednej sekundzie potrafisz zobaczyć swoje całe życie, są jak magnes, który przyciąga Twoje serce, by zrodzić w Tobie największe pragnienie pożądania. Czemu o tym mówię? Bo skoro mamy miłość i nienawiść, smutek i radość, dzień i noc - to musimy również mieć uśmiech i łzy. Na tym polega równowaga naszego życia, raz spadamy na sam dół, by dostrzec to, czego wcześniej nie docenialiśmy, zaś nazajutrz wzbijamy się ku górze, by w końcu rozłożyć skrzydła i polecieć - ku przyszłości, marzeniom i szczęściu. I musimy to uszanować - uszanować prawa natury. Ludzki los jest wielką niewiadomą, lecz w naszych dłoniach staje się on życiowym drogowskazem. Czasem mamy ochotę zawrócić, czasem zabłądzimy czy obierzemy złą drogę... ale co z tego? Za wszelką cenę musimy iść przed siebie, dla własnego szczęścia, spełnienia, po to, aby odnaleźć w końcu swoje najcichsze pragnienia. Wiecie... moje życie to ciągła ucieczka, zdarza się, że pamięć o tym co było sprawia, że boję się tego co będzie. Nie potrafię spojrzeć w lustro i powiedzieć "jestem spełnionym człowiekiem" - od wielu lat jestem tylko samotnym podróżnikiem, który na próżno wydziera sobie serce z klatki, by odnaleźć swój eden. Raj nie istnieje to już wiem na pewno, ale czy niepewność nie jest czasem gorsza od nienawiści i bólu? Zupełnie nie wiem jakie plany ma dla mnie Bóg, a chciałabym móc w końcu powiedzieć, że nie boję się jutra, że kocham życie jakim jest, że pragnę za wszelką cenę iść dalej i tkwić w swoich wybujałych marzeniach tak głęboko, by po pewnym czasie poczuć powiew spełnienia na plecach. Zawsze, gdy piszę o sobie mam ciarki... to ze strachu, że wszystko co mnie otacza jest tylko wytworem wyobraźni. Ciągle budzę się w nocy ze smakiem naiwności na ustach i czuję... czuję tą piekielną gorycz, która wyjada moje uczucia ze środka, czuję pustkę, bo gdy zamknę tylko powieki, wydaje mi się, że już nie istnieję, że to koniec, że nie ma już mnie, nie ma tej odwiecznej walki ze światem o swoje szczęście, nie ma już nic, wszystko pryska. Pojawia się tylko czarna fala bólu, która knebluje mi usta... i nagle sekunda staje się wiecznością, wszystko traci swój sens i w momencie, gdy jesteś już gotowy na to, by ostatecznie odejść, pożegnać się ze wszystkim i pogodzić z losem - czujesz delikatny takt bicia serca. Wtedy na horyzoncie pojawia się ten promyk - promyk słońca zwany uśmiechem. Pojawia się i daje nadzieję - nadzieję na to, że nie wszystko stracone, że nie zatraciłam siebie, że jeszcze nie przegrałam i nie zgubiłam swojego "ja"... że mam szansę. Szansę na bycie lepszą, na bycie kobietą...

2 komentarze:

  1. Jak Ty pięknie potrafisz pisać !!

    OdpowiedzUsuń
  2. Równowaga.
    Dokładnie.
    Jest potrzebna w naszym życiu.
    Ale nie zawsze zachodzi. Czasami w życiu doświadczamy więcej cierpienia niż szczęścia.
    Przykra prawda.

    OdpowiedzUsuń