Dostrzeganie tego co ważne...

W życiu każdego człowieka pojawia się kilka ważnych osób.
Najpierw są rodzice. Czasem są lepsi, czasem są gorsi, a czasem nie ma ich w naszym życiu, ale to na podstawie ich relacji kobiety tworzą obraz tego, jacy są mężczyźni, a chłopcy obraz tego, jakie są kobiety. To do niego później dostosowujemy swoje oczekiwania. To przeciwko niemu się buntujemy, szukamy tego, czego nie dostawaliśmy albo dążymy do modelu obserwowanego wielkimi oczami trzyletniego dziecka trzymającego się spódnicy matki w czerwone kwiaty.
Druga w kolejności jest osoba, która pokazuje ci, czego nie chcesz. To ktoś, kto zajmuje twój mózg jak wirus. Niekoniecznie jest to pierwsza miłość, ale na pewno jest to ta najbardziej intensywna. Jeśli jesteś kobietą, to jest to ten facet, o którym na początku mówisz „kochany”, a później „chuj kurwa złamany”. Jeśli jesteś facetem to jest to ta kobieta, która pokazuje ci, że nie chcesz w swoim życiu jej kompleksów, jej zazdrości, jej potrzeby kontroli, nieszczerości, niezdecydowania i toksyczności.
Dzięki temu masz świadomość, że są rodzaje mąki, z której nie będzie chleba i nie próbujesz sobie wmawiać, że to jest możliwe. Zaczynasz myśleć w prosty sposób i wiesz już, że życie to nie bajka Disneya, w której dużo się śpiewa i karmi jelonki.
W końcu pojawia się ktoś, przy kim w swojej głowie słyszysz to charakterystyczne kliknięcie. Czujesz, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma napięcia mięśni, stresu i targowania się. Nie wiesz tego, ale ten ktoś spędza z tobą czas i dziękuje w myślach za każdego kretyna, którego spotkałaś na swojej drodze. Za każdego faceta, który cię nie docenił, dzięki czemu mógł ciebie spotkać. A ty w tym czasie będziesz w myślach dziękować za to, że jego wcześniejsze dziewczyny nie widziały w nim tego, co ty, bo zbyt mocno patrzyły na życie przez zasłonę swoich oczekiwań i lęków.
Paradoksalne jest to, że gdyby nie wszystkie ich poprzednie doświadczenia, w tym te negatywne, nie byłoby to możliwe.

Na tym polega problem z dostrzeganiem tego co ważne – widzisz to dopiero kiedy masz punkty odniesienia, bo kiedy tych punktów nie masz, to nie widzisz nic...



Nieosiągalne...

Najgorsze jest, gdy przyśni Ci się nadzieja - to, na co wciąż jeszcze czekasz, ale wiesz, że się nie spełni. I wtedy tak bardzo ciężko jest się podnieść z łóżka i zaparzyć kawę, i funkcjonować. Bo jak? Gdy przed sekundą miałaś przy sobie wszystko, o czym marzysz, co daje Ci sens życia, a chwilę potem okazało się, że to tylko sen...

Tak często...

Tak często mam ochotę wyłączyć się z tego świata. Odejść, nie pozostawiając po sobie żalu. Z daleka od tych kłamstw, chamstwa, zdrad i fałszu, od tych jebanych uczuć, które tak bezlitośnie ranią ludzi.

Należy żyć teraźniejszością..


Dzisiaj na obiad było do wyboru:
ryba albo kotlet. Wybrałam rybę.
I zamiast zajadać ją ze smakiem, siedzę nad talerzem i płaczę, że może jednak kotlet byłby smaczniejszy. Bez sensu. Wybór zawsze wiąże się z utratą rzeczy, której nie wybraliśmy. Ale jeśli zaczynamy po niej rozpaczać, to nie mamy czasu dobrze zająć się tym, co wybraliśmy. Ani nie zjemy kotleta, ani nie nacieszymy się smakiem ryby. Żeby być szczęśliwym,

Trzeba kurczowo trzymać się teraźniejszości...

Trzeba się przełamywać powoli...

Trzeba wierzyć, że po stracie czeka nas nowe otwarcie...Ale zanim przyjdzie to otwarcie, bywa ciężko. - To czasami wygląda tak, jakbyśmy stawali pośrodku ruchliwej ulicy, po której wszyscy pędzą we wszystkich kierunkach...Nikt się nie zatrzymuje i wtedy to nasze trwanie bez ruchu na środku autostrady wydaje się nie na miejscu...Ale stoimy, bo nie możemy się ruszyć. To jest też dobra metafora tego, jak bardzo samotni czujemy się w kryzysach, jak bardzo wydaje nam się, że inni nie widzą i nie rozumieją naszego cierpienia...Myślę, że słowem kluczem do poradzenia sobie z najtrudniejszymi sytuacjami w życiu jest "akceptacja"... Czyli zaakceptowanie zarówno stanu, w którym się znajdujemy, jak i uczuć, które mu towarzyszą. Bronienie się przed tym tylko utrudnia proces wychodzenia z kryzysu. Trzeba akceptować to, że raz jest lepiej, raz gorzej. Nie powinniśmy robić niczego, co ekstremalnie wykracza ponad nasze siły. Trzeba się przełamywać powoli...

Mieć taką osobę...


Wcale nie chodzi o fizyczność, o namiętne pocałunki i dotyk, który sprawia, że masz gęsią skórkę na całym ciele,.. To wszystko jest ważne, ale nie najważniejsze. Chodzi o to, żeby mieć w drugiej osobie partnera, kogoś kto Cię wspiera bez względu na wszystko, kto Cię zrozumie, nawet jeśli ma odmienne zdanie. Chodzi o to, abyście dyskutowali, kłócili się, bronili swoich poglądów, żebyście poznawali swoje pasje, nie zamykali się w 4 ścianach, ma być ciekawie, ma się dziać...


Chodzi o to by spotkać taką osobę, która sprawi, że będziesz chciał być lepszym człowiekiem i Ci w tym pomoże...





Być mniej...

Ja bym chciała być prostsza...
I żeby mnie to wszystko tak nie kosztowało...

Żeby życie mnie tak nie bolało...





Odchodzić dla czyjegoś dobra to tak jakby komuś wbić sztylet w serce tłumacząc, że zimne ostrze     załagodzi ból...









Proszę zrozum, że trzeba mi wszystko pokazać, powiedzieć przyjedź, bądź, jesteś mi potrzebny nadal, naprawdę nie wiem, dokąd prowadzi autostrada, i czy na końcu drogi, jest coś więcej niż prawda, o nas samych, człowieka wzlotach i upadkach, ale między nami nie może być jak jest do diabła...











W życiu wszystkiego trzeba spróbować. Trzeba zapalić papierosa, upić się do nieprzytomności, tańczyć całą noc, zgubić telefon, jechać w bagażniku, nieszczęśliwie się zakochać, pływać w nocy, zgubić się w obcym mieście. Ale jeśli robisz coś złego, to przynajmniej baw się przy tym dobrze. Może jutro będzie koniec świata. Przecież może....








Patrzę, jak miesza się, to czego nie ma i to, co jest…








Boję się...

Boję się miłości z Tobą, wiesz
Nie dlatego, że boję się śmierci
rozpadu, wilgotnej ziemi czy 
długich rozstań, zauważasz tak niewiele

Tak łatwo zadajesz nowe rany, deklamujesz 
puste słowa i burzysz wszystko
w zasięgu wzroku, jak orkan
obcy, i zimny jak życie

Gdy idę przed siebie, boję się,
że po prostu upadnę, przestanę
istnieć, bo Twoja siła wgniecie mnie w ziemię.

Mała refleksja...



Niedawno znalazłam bloga, w którym chłopak, tuż przed swoją śmiercią pisał o uczuciach, tym samym żegnając się ze światem i swymi najbliższymi...Spróbujcie postawić się na jego miejscu. Co byście zrobili, gdybyście się dowiedzieli, że za parę tygodni umrzecie? Sądzę, iż z pewnością wykorzystalibyście czas na naprawianie swoich błędów, może także spróbowalibyście zrealizować swoje najskrytsze, dotąd niespełnione marzenia…

Ta sytuacja jest pełna współczucia… Jednym pocieszeniem jest to, iż choć odszedł za młodu to nigdy nie zostanie zapomniany…Będzie wiecznie mieszkał w sercach najbliższych oraz osób, które choć go nie znały to pokochały czytając jego ostatnie zapiski z pamiętnika…


Nasuwa mi się mała refleksja…Jaki jest tak naprawdę sens naszego bytu?...Wydaje mi się, iż żyjemy po to, aby znaleźć właściwą drogę życia, uczyć się na błędach i na podstawie obserwacji dążyć do doskonałości duchowej…Życie pozornie wydaję się długie…My, ludzie tracimy czas często na błahe sprawy, jakimi jest użalanie się nad sobą i nad swoją egzystencją.. Zamiast tego powinniśmy wykorzystać go na dążenie do swoich życiowych celów i okazywania pozytywnych uczuć swoim bliskim…Carpe diem…Zmieńmy nastawienie życiowe na bardziej optymistyczne, więżąc, iż dzięki naszemu samozaparciu i chęci walki z trudnościami losu nasza rzeczywistość może stać się bardziej kolorowa…Bądźmy w pełni gotowi na śmierć, świadomi, iż jeśli odejdziemy z tego śwNiiata, to patrząc obiektywnie na swoje życie, będziemy mogli powiedzieć, że przeżyliśmy je najlepiej jak potrafiliśmy i z wielką godnością...