Należy żyć teraźniejszością..


Dzisiaj na obiad było do wyboru:
ryba albo kotlet. Wybrałam rybę.
I zamiast zajadać ją ze smakiem, siedzę nad talerzem i płaczę, że może jednak kotlet byłby smaczniejszy. Bez sensu. Wybór zawsze wiąże się z utratą rzeczy, której nie wybraliśmy. Ale jeśli zaczynamy po niej rozpaczać, to nie mamy czasu dobrze zająć się tym, co wybraliśmy. Ani nie zjemy kotleta, ani nie nacieszymy się smakiem ryby. Żeby być szczęśliwym,

Trzeba kurczowo trzymać się teraźniejszości...

Trzeba się przełamywać powoli...

Trzeba wierzyć, że po stracie czeka nas nowe otwarcie...Ale zanim przyjdzie to otwarcie, bywa ciężko. - To czasami wygląda tak, jakbyśmy stawali pośrodku ruchliwej ulicy, po której wszyscy pędzą we wszystkich kierunkach...Nikt się nie zatrzymuje i wtedy to nasze trwanie bez ruchu na środku autostrady wydaje się nie na miejscu...Ale stoimy, bo nie możemy się ruszyć. To jest też dobra metafora tego, jak bardzo samotni czujemy się w kryzysach, jak bardzo wydaje nam się, że inni nie widzą i nie rozumieją naszego cierpienia...Myślę, że słowem kluczem do poradzenia sobie z najtrudniejszymi sytuacjami w życiu jest "akceptacja"... Czyli zaakceptowanie zarówno stanu, w którym się znajdujemy, jak i uczuć, które mu towarzyszą. Bronienie się przed tym tylko utrudnia proces wychodzenia z kryzysu. Trzeba akceptować to, że raz jest lepiej, raz gorzej. Nie powinniśmy robić niczego, co ekstremalnie wykracza ponad nasze siły. Trzeba się przełamywać powoli...

Mieć taką osobę...


Wcale nie chodzi o fizyczność, o namiętne pocałunki i dotyk, który sprawia, że masz gęsią skórkę na całym ciele,.. To wszystko jest ważne, ale nie najważniejsze. Chodzi o to, żeby mieć w drugiej osobie partnera, kogoś kto Cię wspiera bez względu na wszystko, kto Cię zrozumie, nawet jeśli ma odmienne zdanie. Chodzi o to, abyście dyskutowali, kłócili się, bronili swoich poglądów, żebyście poznawali swoje pasje, nie zamykali się w 4 ścianach, ma być ciekawie, ma się dziać...


Chodzi o to by spotkać taką osobę, która sprawi, że będziesz chciał być lepszym człowiekiem i Ci w tym pomoże...





Być mniej...

Ja bym chciała być prostsza...
I żeby mnie to wszystko tak nie kosztowało...

Żeby życie mnie tak nie bolało...





Odchodzić dla czyjegoś dobra to tak jakby komuś wbić sztylet w serce tłumacząc, że zimne ostrze     załagodzi ból...









Proszę zrozum, że trzeba mi wszystko pokazać, powiedzieć przyjedź, bądź, jesteś mi potrzebny nadal, naprawdę nie wiem, dokąd prowadzi autostrada, i czy na końcu drogi, jest coś więcej niż prawda, o nas samych, człowieka wzlotach i upadkach, ale między nami nie może być jak jest do diabła...











W życiu wszystkiego trzeba spróbować. Trzeba zapalić papierosa, upić się do nieprzytomności, tańczyć całą noc, zgubić telefon, jechać w bagażniku, nieszczęśliwie się zakochać, pływać w nocy, zgubić się w obcym mieście. Ale jeśli robisz coś złego, to przynajmniej baw się przy tym dobrze. Może jutro będzie koniec świata. Przecież może....








Patrzę, jak miesza się, to czego nie ma i to, co jest…








Boję się...

Boję się miłości z Tobą, wiesz
Nie dlatego, że boję się śmierci
rozpadu, wilgotnej ziemi czy 
długich rozstań, zauważasz tak niewiele

Tak łatwo zadajesz nowe rany, deklamujesz 
puste słowa i burzysz wszystko
w zasięgu wzroku, jak orkan
obcy, i zimny jak życie

Gdy idę przed siebie, boję się,
że po prostu upadnę, przestanę
istnieć, bo Twoja siła wgniecie mnie w ziemię.

Mała refleksja...



Niedawno znalazłam bloga, w którym chłopak, tuż przed swoją śmiercią pisał o uczuciach, tym samym żegnając się ze światem i swymi najbliższymi...Spróbujcie postawić się na jego miejscu. Co byście zrobili, gdybyście się dowiedzieli, że za parę tygodni umrzecie? Sądzę, iż z pewnością wykorzystalibyście czas na naprawianie swoich błędów, może także spróbowalibyście zrealizować swoje najskrytsze, dotąd niespełnione marzenia…

Ta sytuacja jest pełna współczucia… Jednym pocieszeniem jest to, iż choć odszedł za młodu to nigdy nie zostanie zapomniany…Będzie wiecznie mieszkał w sercach najbliższych oraz osób, które choć go nie znały to pokochały czytając jego ostatnie zapiski z pamiętnika…


Nasuwa mi się mała refleksja…Jaki jest tak naprawdę sens naszego bytu?...Wydaje mi się, iż żyjemy po to, aby znaleźć właściwą drogę życia, uczyć się na błędach i na podstawie obserwacji dążyć do doskonałości duchowej…Życie pozornie wydaję się długie…My, ludzie tracimy czas często na błahe sprawy, jakimi jest użalanie się nad sobą i nad swoją egzystencją.. Zamiast tego powinniśmy wykorzystać go na dążenie do swoich życiowych celów i okazywania pozytywnych uczuć swoim bliskim…Carpe diem…Zmieńmy nastawienie życiowe na bardziej optymistyczne, więżąc, iż dzięki naszemu samozaparciu i chęci walki z trudnościami losu nasza rzeczywistość może stać się bardziej kolorowa…Bądźmy w pełni gotowi na śmierć, świadomi, iż jeśli odejdziemy z tego śwNiiata, to patrząc obiektywnie na swoje życie, będziemy mogli powiedzieć, że przeżyliśmy je najlepiej jak potrafiliśmy i z wielką godnością...

Księżniczka...



Żyła sobie raz księżniczka. Pewnego dnia spotkała swego księcia. Zakochała się tak jak zakochuje się tylko raz w życiu.

Pewnej nocy , siedząc już w swoim wielkim łóżku, rozmyślała i postanowiła dać mu prezent. Wyjątkowy. Taki, jakiego nikt jeszcze nie dostał. Wzięła swoje kruche serce i przedzieliła je na pół. Dokładnie na pół. Nie więcej , nie mniej. Jedną połówkę schowała w swojej piersi. Zabiło mniej niż kiedyś, ale księżniczka czuła że taki był los tego serca. By podzielić się nim kiedyś i by trafiło właśnie do niego. Drugą połówkę zapakowała starannie w piękne czerwone pudełko i posłała księciu przez swojego gońca.
Książe zdziwił się tym prezentem. Z jego bladego uśmiechu nie można było wyczytać co dokładnie myśli i czuje.
Od tej pory książę zaczął się oddalać od księżniczki. Dała mu dowód swojej miłości. Ofiarowała mu swoją połówkę serca. Stała się w jego oczach mniej atrakcyjna. Nie czuł potrzeby zdobywania jej już więcej. Miał ją już . Miał jej serce. Po co mu więcej?

Któregoś dnia książę zniknął z życia księżniczki. Od tej pory żyła tylko z jedną połówką serca. Nadal Go kochała.


Już zawsze miało tak być. Już nigdy miała nie odzyskać swojej drugiej połowy i już zawsze miała kochać tylko jego...

Równowaga naszego życia...




Najpiękniejszy uśmiech to taki uśmiech, który w jednej sekundzie staje się Twoim całym światem. To uśmiech rzetelny, delikatny, ale jednocześnie cholernie gorzki. Uśmiech to słońce naszego serca - im więcej bólu w nim nosimy, tym jaśniej się uśmiechamy. Każda porażka, zwycięstwo, radość, rozpacz to promyki naszych emocji. I mimo tego, że pragniesz wszystko zachować głęboko w sobie, Twoje ciało zdradza tajemnicę Twojej duszy. A oczy? Najpiękniejsze oczy to te, które przelały morze łez. To oczy, w których w jednej sekundzie potrafisz zobaczyć swoje całe życie, są jak magnes, który przyciąga Twoje serce, by zrodzić w Tobie największe pragnienie pożądania. Czemu o tym mówię? Bo skoro mamy miłość i nienawiść, smutek i radość, dzień i noc - to musimy również mieć uśmiech i łzy. Na tym polega równowaga naszego życia, raz spadamy na sam dół, by dostrzec to, czego wcześniej nie docenialiśmy, zaś nazajutrz wzbijamy się ku górze, by w końcu rozłożyć skrzydła i polecieć - ku przyszłości, marzeniom i szczęściu. I musimy to uszanować - uszanować prawa natury. Ludzki los jest wielką niewiadomą, lecz w naszych dłoniach staje się on życiowym drogowskazem. Czasem mamy ochotę zawrócić, czasem zabłądzimy czy obierzemy złą drogę... ale co z tego? Za wszelką cenę musimy iść przed siebie, dla własnego szczęścia, spełnienia, po to, aby odnaleźć w końcu swoje najcichsze pragnienia. Wiecie... moje życie to ciągła ucieczka, zdarza się, że pamięć o tym co było sprawia, że boję się tego co będzie. Nie potrafię spojrzeć w lustro i powiedzieć "jestem spełnionym człowiekiem" - od wielu lat jestem tylko samotnym podróżnikiem, który na próżno wydziera sobie serce z klatki, by odnaleźć swój eden. Raj nie istnieje to już wiem na pewno, ale czy niepewność nie jest czasem gorsza od nienawiści i bólu? Zupełnie nie wiem jakie plany ma dla mnie Bóg, a chciałabym móc w końcu powiedzieć, że nie boję się jutra, że kocham życie jakim jest, że pragnę za wszelką cenę iść dalej i tkwić w swoich wybujałych marzeniach tak głęboko, by po pewnym czasie poczuć powiew spełnienia na plecach. Zawsze, gdy piszę o sobie mam ciarki... to ze strachu, że wszystko co mnie otacza jest tylko wytworem wyobraźni. Ciągle budzę się w nocy ze smakiem naiwności na ustach i czuję... czuję tą piekielną gorycz, która wyjada moje uczucia ze środka, czuję pustkę, bo gdy zamknę tylko powieki, wydaje mi się, że już nie istnieję, że to koniec, że nie ma już mnie, nie ma tej odwiecznej walki ze światem o swoje szczęście, nie ma już nic, wszystko pryska. Pojawia się tylko czarna fala bólu, która knebluje mi usta... i nagle sekunda staje się wiecznością, wszystko traci swój sens i w momencie, gdy jesteś już gotowy na to, by ostatecznie odejść, pożegnać się ze wszystkim i pogodzić z losem - czujesz delikatny takt bicia serca. Wtedy na horyzoncie pojawia się ten promyk - promyk słońca zwany uśmiechem. Pojawia się i daje nadzieję - nadzieję na to, że nie wszystko stracone, że nie zatraciłam siebie, że jeszcze nie przegrałam i nie zgubiłam swojego "ja"... że mam szansę. Szansę na bycie lepszą, na bycie kobietą...

Bo miłość to prostytucja...


Umarłam dziś. Umarłam wczoraj. Umrę też jutro i za tydzień. Każdego dnia będę umierać w imię tej miłości. Każdego dnia będę zbierać plon, który we mnie zasiałeś. Każdego dnia będę wstawać i poetycko łkać. Nie chcę rozliczeń. Nie chcę niczego. Najchętniej wstałabym i zaszyła się w zakamarkach własnej samotności. Jestem ubogo-bogata w emocje. Ale wiara i nadzieja w drugiego człowieka powinna być skąpo ubrana. Mogłaby nawet zostać prostytutką. Zawsze to lepiej, gdy masz świadomość, że wyszła ona na ulicę z własnej woli i te wszystkie spojrzenia są codziennością i nawet już nie wzbudzają pogardy, bo wszyscy ją znają i wiedzą kim jest. Najgorzej jest wtedy, gdy wiara i nadzieja przyodzieją się po samą szyję, a później z każdym kolejnym dniem drugi człowiek coraz bardziej i bardziej eksponuje jej nagość. Aż pewnego dnia stoi ona na ulicy i pyta samą siebie "co ja tutaj kurwa robię?". Wszystkie twarze zwrócone ku niej. Każdy wzrok przeszywa ją na wylot. Śmiechy, wyzwiska, pogarda. Tak kończy się droga zwana zaufaniem. I już chyba lepiej żyć bez miłości i być taką prostytutką dla świata niż żyć z miłością, która uczyni Cię prostytutką dla samej siebie. Bo miłość to prostytucja. Dajesz siebie i otrzymujesz zapłatę. Tylko od tej drugiej osoby zależy czy będzie to szczęście czy ból. Czy zapłatą będzie uśmiech czy łzy. Miłość jest nieopłacalna. Zawsze na koniec miesiąca masz więcej strat niż zysków. Więc powiedz mi po co brnąć w to wszystko? Przecież sezon na samotność został już otwarty, a my jesteśmy zbyt dumni, by pokonać te wyżyny i zbyt mali, by dotknąć nieba.